sobota, 14 stycznia 2012

Od kilku dni mieszkam z Badim w Warszawie. Opiekujemy się małą pięciomiesięczną bratanicą- Zosią. Sama podróż była dla niego dosyć męcząca, ale nie mogę powiedzieć- stresująca. W pociągu koszmarnie ciepło, po wyjściu wiatr i deszcz. Sama chciałam jak najszybciej znaleźć się na miejscu. A na miejscu niespodzianka. Małe gaworzące stworzonko. Mały szkrabek domagający się non stop uwagi. Nowy dom. Nowe zapachy. Nowe zasady.  Początkowo był zagubiony i przynosił wszystko, co nadawało się do zabawy. Minęła doba i wrócił do równowagi. Wczoraj nawet został sam w domu i mogłam pójść na zakupy.
Dziś z kolei mieliśmy pierwszą próbę chodzenia przy wózku.
Niestety pierwsza próba zbiegła się w czasie z pierwszym śniegiem i nie obyło się bez pani w chwili gdy zmarzły mu nogi i otoczyły się śnieżnymi kulkami. Płaczu było mnóstwo. Bałam się, czy to może potłuczone szkło. wszystko dobrze.

Mela bardzo szykowała się na ten wyjazd. Od chwili rozpoczęcia pakowania plecaka nie opuszczała mnie na krok. Kiedyś podróżowałyśmy do Warszawy co tydzień, ba, nawet razem tam mieszkałyśmy- jej pierwszy w życiu rok. Mela jest warszawianką. Mokotów konkretnie.
Doszła do siebie po dwóch dniach. To dobrze. Nie lubię zostawiać moich dzieciaczków.

niedziela, 25 grudnia 2011

Wczoraj Badi obchodził swoje pierwsze urodziny. Daleka jestem od robienia psu prezentów, itp. szaleństw. Prezenty owszem- były, ale bożonarodzeniowe. Stąd widoczne na planie zdjęciowym prezenciki.
A dziś moje słoneczko na porannym spacerze zaliczyło tarzanie się w resztkach jakiejś wyrzuconej ryby. Śmierdzi masakrycznie. I byli goście- dziewczynki. Tabuny dziewczynek, które nakręcały go zadaniowo.

Wszystkie pieski (dla naszej spokojności) otrzymały żywieniowy produkt zastępczy. Zamiast żebrania przy stole (Badi ma wyłączność i tak nie dostaje) otrzymały śmierdzące ścięgienka. Rybki, sałatki i pierożki psów nie interesowały. Po wieczerzy wszystkie padły.

czwartek, 8 grudnia 2011

Snoody zostały zaakceptowane. Wspaniały wynalazek, będę to powtarzała zawsze. Po dzisiejszym wypadzie na łąki do mycia były tylko łapki.
Wczoraj padał przeobfity śnieg z deszczem. wielkie płatki leciały w różnych kierunkach, a Badi próbował je wszystkie schwytać i pożreć. Nie udało się. Jeszcze wiele zimowych przygód przed nim.

Mela ma nadal niesprawna nóżkę. Zmora niemiłosiernie linieje. Zima....

sobota, 3 grudnia 2011

O hodowlach

Przeglądam kilka for internetowych dotyczących psów, w tym dwa- cavalierowe. Czytając kolejne wypociny hodowców na tematy ważne, dotyczące zdrowia i chorób dziedzicznych , co rusz wpadam w zadumę i nie dowierzam, w jaki sposób traktuje się osoby, które chcą szerzyć wiedzę na temat chorób i "mają czelność" pouczać innych na tematy około genetyczne.

Przykład pierwszy- Syringomyelia
Dziewczyna podejrzewała chorobę u swojej cavalierki. Dziś ma ostateczne potwierdzenie, że sunia jest bardzo poważnie chora. Przekopała anglojęzyczne fora na ten temat i okazało się, że syringomyelia jest b. poważnym problemem u cavalierów i cierpi na nią ponad 60% populacji tej rasy. Dziedziczenie też jest ogromne. Przy skrzyżowaniu zdrowego psa z chorym- rodzi się 75% chorych psów. 
Dokładnie opisała swój przypadek nie oskarżając przy tym hodowli, z której ma sunię, bo takich spraw nie da się przewidzieć. Zasugerowała tylko, ze skoro przypadki S są tak powszechne, a choroba tak bolesna, może czas na powszechne badania cavalierów, które mają być rozmnażane. I się zaczęło. 
Jak śmie porównywać brytyjskie cavisie do naszych, wcale nie powszechny problem, nie siać paniki,itd. Wszystko rozbija się o to, że badania powinno przeprowadzać się u starszych psów (powyżej 2,3 roku życia) a jak wiemy, to okres, w którym psy i suki hodowlane maja już epizody związane z rozrodem. zaleca się, by rozmnażać jak najstarsze zwierzęta (5 lat). Im starszy pies bez objawów- tym większa szansa na to, ze potomstwo będzie zdrowe. Badania są drogie. 
Widzę, jak zaczyna się nabieranie wody w usta i milczenie. Niektórzy podważają słuszność twierdzeń. Dlaczego? Można się tylko domyślać. Uważam, że choroba jest i jest powszechna. Opowiadanie o niej i uświadamianie według hodowców jest niepotrzebne. Z pewnością wpłynie to na zmniejszenie zainteresowania rasą. Nie ważne, że rasa zostanie zdziesiątkowana. Nie ważne. Nasze cavisie są śliczne i zdrowe i nadal będziemy je rozmnażać. 
Mnie już nie dziwią takie postawy. Mówimy o bardzo poważnej chorobie a wiem na przykładzie psów spotykanych w mojej pracy, w przychodni weterynaryjnej jaka jest wiedza hodowców dotycząca prostych przypadków, np. jądra, które nie zeszło. Przegląd hodowlany kto robił? Jest jak wół napisane, że jądra są. 
Zaleca się właścicielowi małego wnętra podawanie hormonów , by jądro zeszło mimo, że takie hormonalne podkręcenie niczego nie da. Wystarczy popytać mądrych weterynarzy i zagłębić się w lektury medyczne. Opowieści, jak to trzeba czekać, "bo ojcu też późno zeszło". Propozycje hormonów, implantów, wszystko w imię ogłaszanego powszechnie poprawiania rasy.

Historie lecznicowe? Proszę bardzo. Psy z hodowli, rodowody, sprzedawane z wadami bez poinformowania o nich właścicieli. Ubolewania nad operowanymi przepuklinami, oczami, bo to koszty. Niemalże błagalne pytanie po ciężkiej cesarce, bo się zwlekało, albo dopuszczało sukę w nie najlepszej kondycji: " czy maciczka aby uratowana".

I najlepsze. Rozmnażanie psów na boku. Bez papierów. Co najlepsze sprzedaż bez żadnych ogłoszeń. Odbierają prawdopodobnie hurtownicy. 

A ja mam uwierzyć w to, że syringomyella będzie traktowana poważnie.....

Więcej ( w wielkim skrócie ) o chorobie można poczytać tu http://cavalierworld.eu//cavisiowo/portal.php?show=82

czwartek, 24 listopada 2011

Kolejne pogryzienie

Trafił do nas na obserwację pies. waga około 60-70 kilogramów. Dwulatek. Kundel. Zero cech jakiejkolwiek rasy. Wielki. Został wyciągnięty ze schroniska. Szkoda pieska... I tu sielanka się kończy.
Pies trafił do nas na obserwację. Dwadzieścia sześć szwów na twarzy właścicielki.
Pies nie chciał zejść z wersalki i okazał niezadowolenie. Lada dzień koniec obserwacji i eutanazja. w domu jest małe dziecko a psa z taka przeszłością nikt nie będzie już chciał. Smutne.

poniedziałek, 21 listopada 2011

Jesteśmy PO zdjęciach i badaniach. Rzepkę kolanową nogi tylnej prawej trafił najjaśniejszy szlag. Zdjęcie może uda się wkleić jutro. Zdjęcie jest piękne, cyfrowe. Prawie poprosiłam o zdjęcie mojego chorego łokcia. Jakość konsultacji -wspaniała. Cena?
hmmm.......sto trzydzieści pięć złotych+ paliwo , w sumie chyba niedrogo za trzy zdjęcia

Welcome